BALLADA SOCJOLOGICZNA cz.13 Hejt, pamięć i politycy

Jednoosobowa egzystencja na bezludnej wyspie (ściślej mówiąc, już nie tak bezludnej, skoro na takowej walczę z samotnością) ma swoje dobre strony. Na początek ucieszyłem się oceaniczną przepaścią od polityki. Od polityki w polskim grajdołku, jak i w międzynarodowym kraterze. Żeby było jasne: na polityce znam się jak każda/każdy z Was, czyli najlepiej. Przed eskapadą rzuciłem okiem na njusy, komentarze, artykuły i ociekające plwocinami – pożal się Boże – polemiki przechodzące w hejty. Użyłem określenia: njusy i hejty, ale współczesnego, obrzydliwego makaronizmu już – k..wa – nie zwalczam (wybaczcie wulgaryzm wysoko akcentujący oburzenie, jako i ja wybaczam Wasze).

Rankiem przed udaniem się do pustelni ostatni raz zmierzyłem wartko płynącą, internetową rzekę nienawiści, a co najmniej niechęci szczerej i pomyślałem: od jutra masz tę rzeczywistość z głowy. A jest co mieć z głowy! Politycy w ramach programu „ zawsze blisko obywatela” zbliżyli się do ludu. Część bardzo blisko. Mówi się też w niektórych środowiskach, że niebezpiecznie blisko. Spora grupa tzw. polityków wmieszała się w tłum hejterów i pragnąc asymilacji kupuje pożądaną akceptację plując i bluzgając na lewo, prawo, a nawet centralnie, po wielkiej elektronicznej prerii. Obecnie na wspólnym ringu popisują się publiczni i anonimowi na tych samych prawach, choć z innych przesłanek.

Nic nie przeszkadza politykom w utożsamianiu się z wyborcami-hejterami. Ważne by samemu nie stać się obiektem nienawiści. W końcu jak największą część społeczeństwa trzeba przeciągnąć na swoją stronę, więc za wszelką cenę należy warcholstwo zamienić na ważny głos trafiający do urny, musowo zapanować nad głowami osobników nie zawsze rozumiejących meandry gier politycznych, ale pamiętających kto rzucił groszem i zaserwować odpowiednio przyprawioną argumentami oraz dobrze podpieczoną kiełbasę przedwyborczą…

Ludzi polityki lubię w sensie historycznym. Przez strony „pre-tekstów i kon-tekstów” Krzysztofa Łęckiego przewijają się nazwiska zapisane w historii: Churchill, Bismarck. Jednak o nielicznych politykach mówimy: mąż stanu. Za mojego życia doczekałem się polskich noblistów, ale męża stanu nie uświadczysz…

W ostatnich dekadach okazało się, że jakaś odmiana ADHD pogania centralnych i lokalnych decydentów do szybkiego wystawiania pomników, nadawania nazw ulic i placów imionami współczesnych bohaterów. Część monumentów strącono. Nie tylko Lenina czy Stalina. Niedawno z piedestału spadł ksiądz Jankowski i król kolarstwa szosowego Armstrong. Z polskich miast po 1989 roku masowo zniknęły ulice Róży Luksemburg, Nowotki, Bieruta, generała Świerczewskiego i całej plejady innych komunistycznych, czyli czerwonych gwiazd. Czy młyn czasu ocali prawdziwie wartościowych bohaterów? Warto poczekać 500-700 lat. Może przez pierwsze stulecia pójdźmy tropem miasta New York: spacerujmy 17-tą albo 22-gą ulicą, a nawet

6-tą aleją… Póki co na mojej wyspie sam wydeptuję szlaki, żadnego nie nazwałem, a tutejsze wybory prezydenckie i tak wygram. Jednym głosem! CDN

Robert Milord Kowalski

To też Ci się powinno spodobać...

Dodaj komentarz